O tym, kto zasiądzie w Sejmie, coraz częściej rozstrzyga się na długo przed ciszą wyborczą — w budżetach kampanii, w cenach billboardów i w tym, czyj sztab stać na wykupienie największej liczby spotów. Wokół finansowania partii z budżetu narosło przy tym przekonanie, że najprościej byłoby odebrać politykom publiczne pieniądze i kazać im utrzymywać się ze składek oraz prywatnych darowizn. Partia Razem czyta tę propozycję inaczej: publiczne finansowanie partii pełni funkcję narzędzia, które wyrównuje szanse ugrupowań reprezentujących ludzi bez majątku, a jego zniesienie oddałoby politykę tym, których stać na sponsorowanie własnych kandydatów.
„Zabrać partiom pieniądze" — mit taniej demokracji
Złość na klasę polityczną żyjącą z publicznej kasy jest w dużej mierze uzasadniona i Razem nigdy jej nie kwestionował — już w 2016 roku pisał wprost o rozczarowaniu systemem, w którym „politycy żerują na publicznych pieniądzach". Problem w tym, że z tej trafnej diagnozy wyprowadza się fałszywy wniosek. Pytanie „czy odebrać partiom finansowanie" zakłada, że po odcięciu subwencji polityka zrobi się tańsza i uczciwsza. Kampanie jednak nie przestaną kosztować, bo koszt sondaży, reklam i sztabów nie znika wraz z decyzją budżetową — zmienia się tylko to, skąd płyną na nie pieniądze. A gdy publicznego źródła zabraknie, jego miejsce zajmuje źródło prywatne, czyli darczyńca, którego stać na wpłatę.
To właśnie mechanizm, który przesuwa realną władzę nad polityką w stronę najbogatszych. Ugrupowanie zaprzyjaźnione ze związkami pracodawców zbierze na kampanię więcej niż partia zrzeszająca emerytów czy mieszkanki wsi — nie dlatego, że ma większe poparcie, lecz dlatego, że jego zaplecze dysponuje grubszymi portfelami. Kapitał, a nie liczba zwolenników, zaczyna decydować o widoczności w mediach i o wyniku. Model, w którym za każdą prywatną złotówkę budżet dokłada drugą, sprawę tylko pogarsza, bo pod pozorem równości dotuje z pieniędzy publicznych tych, którzy i tak zebrali najwięcej od prywatnych sponsorów.
Widać to najlepiej w tym, jak wygląda dzisiejsza kampania. Decyzje coraz częściej podejmują wynajęci PR-owcy, programy pisze się w agencjach reklamowych, a przekaz przebija się dzięki wykupionemu czasowi antenowemu i miejscu na billboardach — czyli dzięki wydatkom, na które stać tylko dobrze finansowany sztab. W takim układzie prywatny darczyńca nie musi nawet wręczać łapówki, żeby uzyskać wpływ; wystarczy, że opłaca kampanię ugrupowania, które w zamian uwzględni jego interes w swoim programie. Na tym polega korupcyjne ryzyko wpisane w prywatyzację finansowania polityki: nie przybiera ono formy pojedynczej afery, tylko cichego, systemowego mechanizmu, w którym dostęp do pieniędzy przekłada się na dostęp do władzy nad ustawami.
Standardy międzynarodowe idą tu w przeciwną stronę niż hasło o zabieraniu partiom pieniędzy. Rada Europy w zaleceniu Rec(2003)4 w sprawie wspólnych reguł przeciw korupcji w finansowaniu partii i kampanii rekomenduje, by państwa wspierały partie finansowo według obiektywnych i sprawiedliwych kryteriów, i by żadne wsparcie — publiczne ani prywatne — nie naruszało ich niezależności (Rada Europy, Rec(2003)4). Chodzi o to, żeby partia nie była na łasce darczyńcy, bo od tego, kto opłaca rachunki, zależy, czyje interesy trafiają potem do ustaw. Do tej samej logiki odwołuje się Fundacja im. Stefana Batorego, według której publiczne finansowanie ma zapewnić partiom niezależność od biznesu i zniwelować przewagę, jaką ugrupowania zamożniejszych wyborców miałyby nad tymi, które reprezentują uboższe grupy (Fundacja Batory, „Finanse partyjne do naprawy", 2024).
Skala publicznego wsparcia bywa argumentem za jego likwidacją, więc warto ją nazwać. Zgodnie z ustawą o partiach politycznych subwencja dla partii politycznych zależy dziś od liczby zdobytych głosów, a jej łączna przewidywana wysokość po wyborach z 2023 roku to ok. 84,2 mln zł rocznie dla wszystkich uprawnionych ugrupowań; najsilniejsza partia pobiera z tej puli ok. 25,9 mln zł, a najsłabsze z uprawnionych — po kilkaset tysięcy (PKW, informacja o rocznej wysokości subwencji 2024–2027). Uzależnienie kwoty od wyniku ma jednak wadę, którą Razem dostrzega od lat: premiuje tych, którzy już są silni, i utrwala przewagę partii najlepiej rozpoznawalnych. Płynie stąd wniosek nie o likwidacji, lecz o przebudowie: publiczny pieniądz trzeba tak przeprojektować, żeby realnie wyrównywał szanse, zamiast cementować przewagę już silnych.
Co naprawdę mówi Razem: dwa wątki z dwóch różnych lat
Program Razem porządkuje sprawę w dwóch osobnych wątkach, których nie wolno zlewać w jeden. Aktualna linia partii, zapisana w Deklaracji programowej z 2025 roku, koncentruje się na ograniczeniu prywatnych pieniędzy w kampaniach. Punkt pierwszy rozdziału o uczciwej polityce zapowiada obniżenie limitu wpłat na kampanię do 5000 złotych od osoby oraz zakaz płatnych billboardów i wykupywania komercyjnej przestrzeni reklamowej (Deklaracja programowa Partii Razem, 2025 — rozdz. „Uczciwa polityka", pkt 1). Sens jest tu ograniczony i konkretny: skoro najgroźniejsza dla równości jest możliwość zalania kampanii prywatnym kapitałem, to właśnie ten kanał trzeba przykręcić, żeby o wyniku decydowały głosy obywateli, a nie portfele bogatych sponsorów.
Drugi wątek jest starszy i trzeba go opatrzyć wyraźną datą, bo dotyczy propozycji, której Deklaracja z 2025 roku już nie powtarza w tej formie. W styczniu 2016 roku Rada Krajowa Partii Razem przyjęła stanowisko, w którym — sprzeciwiając się forsowanemu wtedy przez .Nowoczesną pomysłowi uzależnienia partii od prywatnych darowizn — zaproponowała reformę idącą w odwrotną stronę: zastąpienie dzisiejszej subwencji, zależnej od liczby głosów, jednakowymi dla wszystkich ugrupowań funduszami celowymi. To postulat Rady Krajowej z 2016 roku, a nie punkt programu 2025 — i tak należy go czytać. Łączy oba wątki jedno założenie: finansowanie partii ma pozostać publiczne i transparentne, a nie zostać sprywatyzowane pod hasłem oszczędności.
Co proponuje Razem
Najpełniej sens tej linii oddaje samo stanowisko z 2016 roku, warto więc zacytować je wprost — pamiętając, że opisuje ono propozycję sprzed niemal dekady, nie zaś obowiązujący dziś zapis programu:
System finansowania partii z budżetu państwa zdecydowanie wymaga naprawy. RAZEM proponuje zastąpienie dzisiejszej subwencji, uzależnionej od liczby zdobytych głosów, jednakowymi dla wszystkich ugrupowań funduszami celowymi. Przeznaczenie tych środków na rzeczy niezbędne — utrzymanie biur i pracowników, publikację materiałów informacyjnych i wyborczych, tworzenie ekspertyz programowych — oraz ograniczenie wydatków na spoty i bilbordy, połączone ze zwiększeniem transparentności finansowej, będzie krokiem w kierunku rzeczywistego równouprawnienia polskich partii politycznych.— Stanowisko Rady Krajowej Partii Razem ws. finansowania partii (2016), partiarazem.pl
Wspólny mianownik wypowiedzi z 2016 i programu z 2025 roku jest sprzeciwem wobec prywatyzacji finansowania polityki. Publiczny pieniądz ma iść na to, co partii potrzebne do pracy programowej i informowania obywateli, a nie na licytację, kto wykupi więcej billboardów — i ma być rozliczany jawnie, tak by każdy mógł sprawdzić, skąd i dokąd płyną środki. W obu odsłonach chodzi o tę samą stawkę: żeby reprezentacja polityczna zależała od poparcia ludzi, a nie od zasobności ich sponsorów. Aktualne narzędzie, po które Razem sięga dziś, to obniżenie limitu wpłat i zakaz płatnej agitacji wielkoformatowej; wcześniejsza propozycja równych funduszy celowych pokazuje kierunek, w którym partia chciałaby przebudować sam mechanizm subwencji, zamiast go po prostu zamrażać w obecnym kształcie.
Spór o pieniądze w polityce jest w gruncie rzeczy tym samym sporem, który toczy się o podatki, usługi publiczne i płace — sporem o to, czy zasoby mają wyrównywać szanse, czy utrwalać przewagę tych, którzy już ją mają. Publiczne finansowanie partii działa według tej samej zasady co progresywny system danin czy powszechny dostęp do usług: rozkłada koszt wspólnego dobra tak, żeby udział w życiu publicznym nie był przywilejem majętnych. Piszemy o niej szerzej w siostrzanym serwisie, w tekstach o redystrybucji i równości szans w gospodarce — bo demokracja, w której o głosie decyduje portfel, jest tylko innym imieniem tej samej nierówności, którą lewica próbuje znieść w sferze płac i podatków.
Źródła i dalsza lektura
- Deklaracja programowa Partii Razem (2025) — rozdz. „Uczciwa polityka", pkt 1 (limit wpłat 5000 zł, zakaz płatnych billboardów)
- Stanowisko Rady Krajowej Partii Razem ws. finansowania partii i ciszy wyborczej (2016) — propozycja funduszy celowych
- PKW — przewidywana roczna wysokość subwencji dla partii politycznych 2024–2027 (łącznie 84,2 mln zł)
- Rada Europy — Zalecenie Rec(2003)4 w sprawie wspólnych reguł przeciw korupcji w finansowaniu partii i kampanii
- Fundacja im. Stefana Batorego — „Finanse partyjne do naprawy" (Jacek Haman, 2024)
- Transparency International — Topic Guide on Political Finance
- Razem dla gospodarki — redystrybucja i równość szans
