Ile kosztuje Senat i co daje w zamian

Kancelaria Senatu ma na 2025 rok rekordowy budżet, a sama izba nie ma w procesie ustawodawczym ostatniego słowa — Sejm może odrzucić każdą jej poprawkę i każde weto. Razem opowiada się za likwidacją Senatu i przeznaczeniem tych pieniędzy na coś, co realnie działa.

Gmach Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej przy ulicy Wiejskiej w Warszawie na archiwalnej fotografii sprzed 1928 roku.

Polski parlament jest dwuizbowy trochę z rozpędu historii. Realną pracę ustawodawczą wykonuje Sejm — to z niego wyrasta rząd i przed nim odpowiada, tam toczy się spór o kształt ustaw. Obok działa druga izba: stu senatorów wybieranych w jednomandatowych okręgach, z własną kancelarią, setką biur senatorskich i budżetem liczonym w setkach milionów złotych rocznie. Warto od czasu do czasu policzyć, ile ta konstrukcja kosztuje i co w zamian wnosi do stanowienia prawa, bo od odpowiedzi zależy, czy trzymanie osobnej izby jest rozsądnym wydatkiem, czy raczej reliktem, który utrzymujemy z przyzwyczajenia. Partia Razem odpowiada jednoznacznie i opowiada się za likwidacją Senatu.

Ile kosztuje Senat

Wysokość rachunku da się sprawdzić w dokumentach, niezależnie od tego, co kto sądzi o samej izbie. W projekcie budżetu państwa na 2025 rok Kancelaria Senatu zaplanowała wydatki na poziomie 268 mln 192 tys. zł — o 46,7 proc. więcej niż rok wcześniej, czyli o ponad 85 mln zł. To rekord w historii izby.

Ta liczba wymaga jednak uczciwego rozbioru, bo sam wzrost jest w dużej mierze księgowy. Lwia część skoku to powrót do budżetu Senatu dotacji na opiekę nad Polonią — 85 mln zł, programu, który izba głównie rozdziela między organizacje polonijne, a który w poprzednich latach był finansowany z innej części budżetu. Jeżeli odjąć te granty, na samo utrzymanie izby — pensje, biura, obsługę posiedzeń — zostaje kwota rzędu 180 mln zł, zbliżona do poziomu z roku poprzedniego. W ramach tej sumy świadczenia na rzecz osób fizycznych sięgają 34,7 mln zł, a bieżące wydatki jednostki — ponad 140 mln zł. Rekord budżetowy Senatu jest więc trochę cieńszy, niż wygląda z nagłówka, ale mówimy o kwotach, za które da się prowadzić niejeden szpital powiatowy.

Sporą pozycją są koszty samych parlamentarzystów. Każdemu senatorowi — dokładnie tak jak posłowi — przysługuje uposażenie w wysokości ok. 12 826 zł brutto miesięcznie, dieta parlamentarna 4 008 zł oraz ryczałt na prowadzenie biura senatorskiego w wysokości 22 200 zł. Pomnożone przez stu senatorów daje to wydatek, który sam w sobie idzie w dziesiątki milionów rocznie.

Dane poglądowe. Roczny koszt samych uposażeń, diet i ryczałtów biurowych stu senatorów to z grubsza kilkadziesiąt milionów złotych — to szacunek na podstawie miesięcznych stawek pomnożonych przez liczbę mandatów i dwanaście miesięcy, a nie osobna pozycja z ustawy budżetowej. Faktyczne wykonanie zależy m.in. od tego, ilu senatorów pobiera uposażenie, a ilu utrzymuje się z innych źródeł.

Po co jest Senat i co realnie może

Koszt sam w sobie nie przesądza jeszcze o niczym — dobrze wydane setki milionów to w skali państwa drobiazg. Pytanie brzmi, co za te pieniądze dostajemy. I tu zaczyna się problem, bo pozycja Senatu w procesie ustawodawczym jest z założenia słaba.

Mechanizm opisuje wprost art. 121 Konstytucji. Ustawę uchwaloną przez Sejm marszałek przekazuje Senatowi, a ten ma trzydzieści dni, żeby ją przyjąć bez zmian, zaproponować poprawki albo odrzucić w całości. Jeśli izba nie zrobi nic, ustawa i tak wchodzi w życie w brzmieniu sejmowym. A jeśli zaproponuje poprawki albo odrzuci ustawę, ostatnie słowo i tak należy do Sejmu, który bezwzględną większością głosów może odrzucić zarówno poprawki Senatu, jak i jego sprzeciw wobec całej ustawy. Innymi słowy: zdeterminowana większość sejmowa przeprowadzi swoją ustawę niezależnie od tego, co myśli o niej druga izba.

Publicystyka nazywa Senat „izbą refleksji", ale nawet życzliwi obserwatorzy przyznają, że jego wpływ jest ograniczony. Jak ujmuje to analiza „Rzeczpospolitej", w sytuacji gdy partia rządząca ma większość w Sejmie, ale nie w Senacie, izba wyższa może jedynie opóźniać prace Sejmu — ale nie jest w stanie ich sparaliżować. Rola Senatu sprowadza się więc do dwóch rzeczy: cyzelowania legislacji, którą Sejm i tak może przyjąć bez zmian, oraz wprowadzania trzydziestodniowej zwłoki. Poprawki redakcyjne, które izba wyłapuje, są realne i czasem pożyteczne — ale można je robić także w samym Sejmie, w komisjach i w drugim czytaniu, bez utrzymywania osobnej stuosobowej izby z własnym aparatem.

Poza legislacją Senat ma jeszcze kilka pomniejszych kompetencji — własną inicjatywę ustawodawczą, udział przy zarządzaniu referendum oraz zgodę na powołanie części wysokich urzędników. W praktyce jednak żadna z nich nie przesądza o niczym samodzielnie: projekt senacki i tak trafia do Sejmu i tam decyduje się jego los, a zgody i opinie izby rzadko bywają realną barierą. Suma tych uprawnień nie tworzy drugiego ośrodka władzy, tylko dodatkowy przystanek w procedurze, przez który ustawa przechodzi albo z drobnymi korektami, albo bez zmian.

Stąd bierze się od lat powracający argument, że jeśli druga izba nie ma siły, by cokolwiek trwale zablokować ani wymusić, a jej praca redakcyjna daje się przenieść do Sejmu, to setki milionów rocznie kupują nam głównie prestiżowe stanowiska. Nie jest to pogląd wyłącznie Razem — likwidację lub gruntowną przebudowę Senatu proponowały w ostatnich latach różne środowiska, od lewicy po ludowców. W sporze o Senat nie chodzi o to, czy senatorowie pracują uczciwie — bo wielu pracuje rzetelnie; chodzi o coś innego: czy izbę o tak ograniczonych możliwościach warto w ogóle utrzymywać jako osobną instytucję z pełnym aparatem, skoro tę samą pracę wykonać można w jednej izbie.

Co proponuje Razem

W deklaracji programowej przyjętej na kongresie w 2025 roku Razem stawia sprawę bez ozdobników:

Opowiadamy się za likwidacją Senatu.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Uczciwa polityka”, pkt 9, partiarazem.pl

Uzasadnienie, którego partia użyła przy prezentacji programu, rozkłada się na dwa argumenty — jeden ustrojowy, drugi o pieniądzach i posadach. Współprzewodnicząca Aleksandra Owca ujęła to tak:

Senat nie ma istotnej roli w naszym ustroju. Realną pracę wykonuje Sejm. Tusk i Kaczyński wysyłają do Senatu swoich ludzi na dobrze opłacaną emeryturę. Z braku realnych zadań Senat marnotrawi pieniądze na wątpliwe inicjatywy, jak niedawna promocja książek „Alfons" i „Debil". Czas z tym skończyć.— Aleksandra Owca, współprzewodnicząca Partii Razem, o nowym programie, media.partiarazem.pl

Trzeba tu rozdzielić dwie rzeczy, żeby nie pomieszać faktu z oceną. Faktem — sprawdzalnym w dokumentach budżetowych — jest wysokość wydatków Kancelarii Senatu i konstytucyjnie słaba pozycja izby w stanowieniu prawa. Oceną Razem jest to, że przy tak ograniczonej roli utrzymywanie osobnej izby to przede wszystkim rezerwuar dobrze płatnych synekur dla zasłużonych działaczy dwóch największych partii, a pieniądze, które na nią idą, są marnowane. Argument Razem nie opiera się przy tym na konkretnej „cenie Senatu": partia wyprowadza swój postulat z tego, że izba dubluje funkcję wykonywaną w całości przez Sejm, nie z tej czy innej kwoty w ustawie budżetowej.

Likwidacja Senatu wpisuje się u Razem w szerszy rozdział „Uczciwa polityka", którego wspólnym mianownikiem jest odchudzanie klasy politycznej i cięcie przywilejów utrzymywanych z pieniędzy publicznych — obok wygaszenia synekur w radach nadzorczych spółek czy ukrócenia podatkowych „świętych krów". To ta sama logika, którą opisujemy w siostrzanym serwisie o programie gospodarczym Razem: państwo ma wydawać pieniądze tam, gdzie realnie coś z tego wynika dla obywateli, a nie podtrzymywać instytucje i stanowiska, których jedyną trwałą funkcją stało się zapewnianie posad. Zlikwidowanie izby, która nie ma ostatniego słowa, uwalnia setki milionów rocznie i upraszcza proces legislacyjny, a oszczędność z takiej likwidacji byłaby odczuwalna właściwie tylko dla wąskiego grona osób, które dziś z izby żyją.

Źródła i dalsza lektura