Ile waży jeden głos: metoda D'Hondta, wielkość okręgów i proporcjonalność wyborów do Sejmu

Wybory do Sejmu są proporcjonalne, ale ten sam głos oddany w Warszawie i w Elblągu przekłada się na mandaty z różną siłą, a metoda D'Hondta systematycznie premiuje największe ugrupowania. Razem chce ordynacji bardziej proporcjonalnej i mechanizmu, który sam koryguje wielkość okręgów za przepływami ludności — żeby skład parlamentu wierniej oddawał to, jak faktycznie zagłosowali obywatele.

Rząd przezroczystych urn wyborczych na stole w lokalu wyborczym, opisanych numerami okręgów.

Wybory do Sejmu są w Polsce proporcjonalne, tylko że proporcjonalność ma kilka poziomów i nie każdy z nich działa tak samo dobrze. Ten sam głos oddany w Warszawie i w Elblągu przekłada się na mandaty z różną siłą, a największe ugrupowania wychodzą z podziału mandatów systematycznie lepiej niż mniejsze, bo tak działają same reguły przeliczania głosów. Partia Razem chce ordynacji bardziej proporcjonalnej i mechanizmu, który sam, za ruchami ludności, koryguje wielkość okręgów, tak by skład parlamentu wierniej oddawał to, jak faktycznie zagłosowali obywatele.

Problem: dwie nierówności wpisane w system

W publicystyce łatwo pomylić obie izby parlamentu, a różnica jest zasadnicza. Sejm wybieramy w ordynacji proporcjonalnej: 460 posłów w 41 okręgach, a mandaty w każdym okręgu dzieli się metodą D’Hondta między te komitety, które przekroczyły ogólnokrajowy próg — 5% dla partii i 8% dla koalicji, zgodnie z art. 196 Kodeksu wyborczego. Senat działa zupełnie inaczej — tam obowiązują jednomandatowe okręgi i zwycięzca bierze wszystko — i to o Sejmie, nie o Senacie, mówimy, kiedy rozważamy proporcjonalność.

Pierwsza nierówność siedzi w samej metodzie podziału. D’Hondt dzieli liczbę głosów każdego komitetu przez kolejne liczby naturalne i obsadza mandaty najwyższymi ilorazami, a ten sposób liczenia konsekwentnie faworyzuje większych. Nazywa się to progresywną proporcjonalnością: dwa komitety startujące osobno z poparciem po 5% zdobędą łącznie mniej mandatów, niż gdyby wystartowały razem z poparciem 10% — premia płynie do tych, którzy już są duzi lub zdołali się połączyć. W okręgu z ośmioma mandatami komitet z 48% głosów potrafi zgarnąć połowę mandatów, a ugrupowanie balansujące na progu — ani jednego.

Przykład poglądowy. W okręgu z 8 mandatami i trzema komitetami (720, 480 i 300 głosów) ilorazy D’Hondta dają partii największej 4 mandaty, średniej 3, a najmniejszej 1 — schemat ilustruje mechanizm premii dla większych, nie odwzorowuje konkretnych wyborów. Za: prawo.pl.

Druga nierówność jest geograficzna i dotyczy tego, ilu wyborców trzeba na jeden mandat w danym okręgu. W wyborach 2019 roku w Warszawie na jeden mandat przypadało ponad 69 tysięcy głosów, a w Elblągu tylko około 31 tysięcy — czyli głos oddany w stolicy ważył ponad dwa razy mniej niż głos oddany w okręgu elbląskim. Ta dysproporcja narasta, bo liczba mandatów przypisanych okręgom nie nadąża za tym, gdzie ludzie faktycznie mieszkają. Fundacja im. Stefana Batorego wyliczyła, że już w 12 okręgach liczba obsadzanych mandatów jest niezgodna z Kodeksem wyborczym, a po uwzględnieniu danych spisu z 2021 roku rozjazd sięga ośmiu okręgów, którym mandatów brakuje, i czternastu, które mają ich za dużo. Konstytucja w art. 96 wymaga wyborów równych, a równość znaczy tu między innymi zbliżoną wagę głosu niezależnie od tego, w którym okręgu wrzuca się kartę do urny.

Skąd bierze się rozjazd i jak go domknąć

Kodeks wyborczy przewiduje regułę, która miała temu zapobiegać: liczbę mandatów w okręgu ustala się według jednolitej normy przedstawicielstwa, czyli liczby mieszkańców kraju podzielonej przez 460. Państwowa Komisja Wyborcza we wniosku z 21 października 2022 roku wyliczyła tę normę na około 78,4 tysiąca mieszkańców na mandat i wskazała, że jedenaście okręgów powinno stracić po jednym mandacie, dziewięć — zyskać (w tym podwarszawski okręg podmiejski aż dwa), aby skład Sejmu odpowiadał rozmieszczeniu ludności. Sejm poprzedniej kadencji tej korekty nie przeprowadził, choć PKW upominała się o nią wielokrotnie — i tak stara mapa okręgów rozjeżdża się z demograficzną rzeczywistością wybory po wyborach.

Rozmieszczenie ludności zmienia się przy tym z roku na rok. Z danych GUS o migracjach wewnętrznych na pobyt stały wynika, że Polska od ćwierćwiecza się suburbanizuje: w 2022 roku saldo migracji dla miast wyniosło −53,3 tysiąca osób, a dla wsi +53,3 tysiąca, ludzie wyprowadzają się z rdzeni miast do gmin ościennych. Do tego dochodzi ruch międzyregionalny — w latach 1998–2024 najwięcej mieszkańców przez migracje straciło województwo lubelskie (−124,3 tys.), a najwięcej zyskało mazowieckie (+320,5 tys.). Kiedy przez dekadę jeden region pustoszeje, a inny puchnie, a granice i „pojemność" okręgów zostają te same, mandaty przestają odpowiadać liczbie wyborców — i różnica w sile głosu, którą widać było w Warszawie i Elblągu, tylko się pogłębia.

Dlatego kluczowe jest słowo „automatyczna". Dziś korekta wielkości okręgów wymaga ustawy, a to znaczy, że rządząca większość decyduje o mapie, na której sama będzie się ubiegać o reelekcję — pokusa, by zostawić po staremu okręgi wygodne dla siebie, jest wpisana w tę procedurę. Mechanizm aktualizujący liczbę mandatów samoczynnie, według twardej normy przedstawicielstwa i najświeższych danych o ludności, wyjmuje tę decyzję z rąk zainteresowanych i zamienia ją w rachunek. Powiększanie okręgów działa w tę samą stronę: im więcej mandatów rozdziela się w jednym okręgu, tym niższy jest efektywny próg wejścia i tym wierniej podział mandatów oddaje rozkład głosów — mniejsze komitety przestają wypadać z gry tylko dlatego, że w małym okręgu do zdobycia jest ledwie kilka miejsc.

Ten sam problem, w jeszcze ostrzejszej postaci, dotyczy samorządów, i program Razem wprost o nim wspomina. W wyborach do rad gmin, powiatów i sejmików okręgi bywają na tyle małe, że rozdziela się w nich po kilka mandatów — a wtedy metoda D’Hondta przestaje w praktyce dawać wynik proporcjonalny i faktycznie premiuje lokalnie najsilniejszą listę, spychając resztę na margines rady. Powiększenie okręgów samorządowych zwiększa liczbę mandatów dzielonych naraz, obniża próg realnie potrzebny do zdobycia miejsca i pozwala, by w radzie znalazły się także głosy mniejszości mieszkańców. Tam, gdzie od lat rządzi jedna lokalna koalicja obsiadająca spółki i stanowiska, taka zmiana jest warunkiem, żeby opozycja w ogóle miała reprezentację i mogła patrzeć władzy na ręce.

Co proponuje Razem

Program Partii Razem ujmuje to w jednym punkcie rozdziału o uczciwej polityce:

Poprawimy ordynację wyborczą, aby wyniki były bardziej proporcjonalne. Wprowadzimy mechanizm automatycznej aktualizacji wielkości okręgów wyborczych, uwzględniając przepływy ludności. Powiększymy okręgi w wyborach samorządowych, aby poprawić proporcjonalność podziału mandatów.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Uczciwa polityka”, pkt 8, partiarazem.pl

To linia, którą Razem trzyma od początku istnienia. Już w stanowisku z 2015 roku partia zdecydowanie opowiedziała się przeciw jednomandatowym okręgom w wyborach do Sejmu, argumentując, że JOW-y nie osłabiają wielkich i zasobnych partii, tylko spychają system w stronę dwupartyjności — a ordynacja do Sejmu powinna zostać proporcjonalna, „aby zasiadali w nim reprezentanci różnych grup interesów". Postulat z 2025 roku jest konsekwencją tej samej myśli: skoro mandaty mają odzwierciedlać głosy, to reguły ich podziału i mapa okręgów muszą być tak ustawione, żeby wynik jak najmniej odbiegał od tego, co wyborcy naprawdę wrzucili do urn.

Za tą techniczną z pozoru sprawą stoi pytanie klasowe. Ordynacja, która premiuje największych i pozwala rządzącym zamrażać wygodną dla siebie mapę okręgów, utrudnia wejście do parlamentu głosom, które nie mają za sobą aparatu ani sponsorów — a to najczęściej głosy pracujących, lokatorów, ludzi spoza wielkomiejskich elit. Bardziej proporcjonalny Sejm to Sejm, w którym łatwiej reprezentować interesy większości, a nie tylko tych, których stać na kampanię. Piszemy o drugiej stronie tego samego medalu w siostrzanym serwisie o programie gospodarczym Razem — bo reprezentacja polityczna i podział dochodu to naczynia połączone: parlament wierniej oddający wolę wyborców jest warunkiem tego, by gospodarka działała po stronie pracujących, a nie wyłącznie najzamożniejszych.

Źródła i dalsza lektura