Rada nadzorcza spółki komunalnej: ile płaci się za posadę z klucza partyjnego

Spółka wodociągowa czy komunikacyjna ma radę nadzorczą, w której zasiadają ludzie z partyjnego rozdania, pobierający comiesięczne wynagrodzenie za posiedzenia zwoływane raz na miesiąc. Kontrole NIK pokazują, że te rady rzadko cokolwiek realnie nadzorują. Razem chce je zlikwidować i zastąpić profesjonalnym nadzorem właścicielskim.

Pusta sala posiedzeń rady miejskiej z rzędami drewnianych ław i mównicą — wnętrze ratusza w Walthamstow.

Prawie każde większe miasto w Polsce prowadzi swoje sprawy przez spółki: wodociągi, komunikację miejską, ciepłownię, zakład oczyszczania, spółkę zarządzającą halą czy targowiskiem. Nad każdą z nich, z mocy prawa, czuwa rada nadzorcza — ciało, które teoretycznie ma pilnować, żeby zarząd gospodarował publicznym majątkiem uczciwie i sensownie. W praktyce miejsca w tych radach od lat rozdaje się według klucza partyjnego, a comiesięczne wynagrodzenie płynie za obecność na posiedzeniu zwoływanym raz na miesiąc. Partia Razem proponuje rozwiązanie proste i radykalne: zlikwidować rady nadzorcze w spółkach samorządowych i zastąpić je sprofesjonalizowanym nadzorem właścicielskim, w którym za pilnowanie publicznych pieniędzy odpowiada ktoś, kogo można z tego rozliczyć.

Problem: rada, która nadzoruje sama siebie

Skala zjawiska jest przy tym większa, niż mogłoby się wydawać. Według danych GUS przytoczonych w kontroli Najwyższej Izby Kontroli w Polsce działa ponad 2,4 tys. spółek w pełni należących do samorządów (stan na 2020 r.), a do tego dochodzą setki spółek z udziałem mniejszościowym. Każda z nich musi mieć radę nadzorczą — to obowiązek ustawowy, wynikający wprost z art. 10a ustawy o gospodarce komunalnej, a nie kwestia uznania samorządu. Oznacza to kilka tysięcy płatnych foteli, które ktoś musi obsadzić, i które w samorządowej rzeczywistości obsadza się nazwiskami z własnego zaplecza.

Za samo zasiadanie w radzie przysługuje wynagrodzenie, i to nie symboliczne. Ustawa z 9 czerwca 2016 r. o zasadach kształtowania wynagrodzeń określa je jako iloczyn podstawy wymiaru i mnożnika — podstawą jest przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw z IV kw. 2016 r., zwaloryzowane na 2026 r. do 4535,89 zł, a mnożnik dla członka rady nadzorczej mieści się, jak ustaliła NIK, w przedziale od 0,5 do 2,75 w zależności od wielkości spółki. Pieniądze płyną co miesiąc, niezależnie od tego, czy rada zrobiła cokolwiek poza przyjęciem protokołu z poprzedniego posiedzenia.

Dane poglądowe. Przy podstawie wymiaru rzędu kilku tysięcy złotych i mnożniku z ustawowego przedziału comiesięczne wynagrodzenie członka rady nadzorczej spółki komunalnej sięga od około dwóch do kilkunastu tysięcy złotych — za udział w posiedzeniach zwoływanych zwykle raz w miesiącu. Konkretna kwota zależy od uchwały wspólnika i wielkości spółki; powyższy zakres jest ilustracją mechanizmu, a nie stawką jednej konkretnej rady.

Że to nie jest system pilnowany z aptekarską dokładnością, pokazała lutowa kontrola NIK z 2025 r. W dwunastu skontrolowanych spółkach komunalnych wynagrodzenia rad nadzorczych naliczono z naruszeniem przepisów, a łączne zawyżenie sięgnęło 732 tys. zł, czyli 6,8% wszystkich wypłaconych radom kwot w latach 2018–2023. Jeśli tyle wychodzi na próbie kilkunastu spółek, warto pomnożyć to przez kilka tysięcy rad działających w całym kraju.

Jak to działa i dlaczego tak jest

Rada nadzorcza istnieje po to, by chronić właściciela przed zarządem — żeby ktoś patrzył zarządzającym na ręce, czytał sprawozdania i reagował, gdy spółka zaczyna tonąć albo gdy pieniądze wyciekają bokiem. W spółce komunalnej właścicielem jest gmina, czyli w praktyce jej mieszkańcy. Kłopot w tym, że tę funkcję strażnika obsadza ta sama władza, która powołuje i nadzoruje zarząd, więc pętla domyka się sama: nominat prezydenta miasta w radzie nadzorczej ma pilnować zarządu powołanego przez tego samego prezydenta — układ, w którym o niezależnej kontroli trudno w ogóle mówić.

Nie chodzi tu o publicystyczną hipotezę — ten sam obraz wraca w kolejnych kontrolach. Badając nadzór nad spółkami komunalnymi na Dolnym Śląsku, NIK stwierdziła, że nadzór właścicielski sprowadzał się do podejmowania uchwał — bez realnej analizy, bez polityki właścicielskiej, bez rozliczania spółek z wyników. W pięciu skontrolowanych samorządach i pięćdziesięciu sześciu spółkach wykryto 124 mln zł nieprawidłowości przy 2,7 mld zł przekazanych spółkom w latach 2018–2020, a dziesięć z osiemnastu badanych spółek okazało się trwale nierentownych — mimo że utrzymywały je publiczne dopłaty. Bliźniacza kontrola spółek gminnych na Pomorzu przyniosła ten sam obraz: nadzór miał charakter pasywny i ograniczał się do czynności formalnych, a część samorządów w ogóle nie ustaliła zasad, według których miałaby swoje spółki kontrolować.

Sedno tkwi w tym, po co w ogóle powstają miejsca w radach. Formalnie chodzi o nadzór; realnie te fotele pełnią funkcję waluty w wewnątrzpartyjnych rozliczeniach — nagrody za lojalność, za pracę w kampanii, za trwanie przy właściwym liderze. Do rady spółki wodociągowej nie trafia się dlatego, że umie się czytać bilans przedsiębiorstwa infrastrukturalnego, tylko dlatego, że jest się we właściwej frakcji. Kompetencja bywa miłym dodatkiem, ale nie jest warunkiem. Mechanizm obraca się więc przeciwko swojej deklarowanej funkcji: ciało, które miało kontrolować publiczny majątek, staje się jednym z kanałów rozdawania przywilejów.

Nazwał to wprost Adrian Zandberg, gdy przed czerwcowym posiedzeniem Rady Warszawy komentował aferę wokół Szpitala Południowego i obsadę miejskich spółek. Współprzewodniczący Razem stwierdził, że warszawskie instytucje nie są nadzorowane przez profesjonalistów, tylko są „paśnikiem, który wypełniają polityczni nominaci, aparatczycy koalicji rządzącej”. O samych radach nadzorczych w samorządach mówił, że „niczego nie nadzorują”, a zasiadają w nich ludzie, których jedyną kwalifikacją bywa rozklejanie plakatów w kampanii wyborczej. Ostrość języka jest tu celowa, ale opis układu pokrywa się z tym, co suchym urzędowym stylem opisują kolejne raporty NIK.

Co proponuje Razem

Razem nie proponuje tu jednak, by obsadzić rady „lepszymi ludźmi”, bo problem tkwi nie w doborze osób, ale w samej konstrukcji, w której kontrolę nad spółką sprawuje ciało łatwe do zawłaszczenia przez partyjny nadzór. Dlatego Deklaracja programowa z 2025 r. formułuje postulat bez półśrodków:

Zlikwidujemy rady nadzorcze w spółkach samorządowych. Ich funkcję przejmie sprofesjonalizowany nadzór właścicielski.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Uczciwa polityka”, pkt 5, partiarazem.pl

Sprofesjonalizowany nadzór właścicielski w praktyce sprowadza się zwykle do tego, że zamiast rozproszonych, honorowanych comiesięcznym wynagrodzeniem rad, majątkiem spółek zajmuje się wyspecjalizowana komórka po stronie samorządu — analizująca sprawozdania, monitorująca wyniki i odpowiadająca za nie wobec rady miasta i mieszkańców. Kontrolę wykonują ludzie zatrudnieni do tej pracy i z niej rozliczani, a nie osoby, które zawdzięczają fotel temu samemu ośrodkowi władzy, który powołuje zarząd. Postulat wpisuje się przy tym w szerszą linię działu „Uczciwa polityka” — obok zakazu zasiadania samorządowców w organach spółek i instytucji, wprowadzenia zawodowego radnego oraz karencji dla parlamentarzystów przechodzących do spółek Skarbu Państwa. Wspólny mianownik jest jeden: zerwać powiązanie między funkcją publiczną a dostępem do dobrze płatnych posad z rozdania.

Nasuwa się oczywiste zastrzeżenie: skoro rady nadzorcze cokolwiek robią, to czy ich zniesienie nie zostawi spółek zupełnie bez kontroli? Rzecz w tym, że dziś kontrola i tak jest w dużej mierze fikcją — kolejne raporty NIK opisują ją jako pasywną i sprowadzoną do formalności, a więc likwidacja odbiera spółkom nie realny nadzór, którego i tak nie ma, tylko jego kosztowny pozór. Nadzór właścicielski nie znika, tylko przenosi się tam, gdzie da się go rzetelnie wykonać i wyegzekwować: do jednostki, która ma do tego kompetencje, narzędzia i jasną odpowiedzialność, zamiast comiesięcznego wynagrodzenia za obecność. Dodatkową korzyścią jest przejrzystość — łatwiej wskazać winnego, gdy spółka źle gospodaruje pieniędzmi mieszkańców, jeśli za nadzór odpowiada konkretna komórka urzędu, a nie kilkuosobowe gremium powołane z partyjnego klucza, w którym odpowiedzialność rozmywa się między nazwiskami.

Za tym stoi też pozytywna stawka, a nie sam rachunek oszczędności. Wodociągi, komunikacja miejska czy ciepłownia decydują o cenie wody, biletu i ogrzewania oraz o jakości usług, z których codziennie korzystają miliony ludzi — im lepiej są zarządzane i nadzorowane, tym mniej publicznych pieniędzy przecieka i tym taniej wychodzi to mieszkańcom. Profesjonalny, przejrzysty nadzór nad majątkiem publicznym to ten sam kierunek myślenia, który w siostrzanym serwisie o gospodarce prowadzi do postulatu, by wspólnym majątkiem gospodarowano jak dobrem obywateli, a nie łupem kolejnych ekip. Odchudzenie klasy politycznej z synekur i rzetelne gospodarowanie majątkiem publicznym to w gruncie rzeczy jedno zadanie, oglądane z dwóch stron — raz od strony kosztów władzy, raz od strony jakości usług dla mieszkańców.

Źródła i dalsza lektura